środa, 15 stycznia 2014

4. Tom Riddle powstaje

9164_936e_350

 ***

  - Hej - usłyszała Lily i doskonały widok na Wielką Salę, jaki rozpościerał się z jej miejsca przy stole Gryfonów, przysłonięty został osobą Syriusza Blacka.
Było to wydarzenie tyleż zaskakujące, że Black rzadko występował w pojedynkę. Tacy jak on chodzili raczej małymi stadami; głośno się śmiali i docinali słabszym kolegom, co stanowiło niejako ich charakterystyczny taniec godowy. Co więcej jednak, Syriusz Black bez Jamesa Pottera był jak powietrze bez tlenu i dlatego pewnie, gdy wyrwana z zamyślenia Lily skupiła wreszcie wzrok na Łapie, widać było w tym spojrzeniu coś ponad tradycyjnym zniecierpliwieniem. Coś jakby cień zainteresowania, a może nawet niepokoju.
- Hej - odparła ostrożnie. - Co jest?
- A co ma być? - Spytał Black, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Przysunął do siebie hałaśliwie najbliżej leżący talerz i zgarnął na niego górę jajecznicy, ignorując nieruchome spojrzenie Lily utkwione w jego twarzy.
Minęło dobre pół minuty, zanim Evans wreszcie się przełamała.
- Gdzie zgubiłeś kumpli? - Spytała wówczas sucho.
Syriusz podniósł wzrok. Usta miał pełne jajecznicy, a oczy otwarte szerzej niż zwykle. Kiedy przechylił głowę odrobinę w lewo, wyglądał jak uosobienie niewinności.
- Pewnie zaraz przyjdą - odparł, wzruszając ramionami. Przełknął jedzenie i otarł usta serwetką, w jego obliczu pojawił się cień łobuzerskiego uśmieszku. - Wyglądasz tragicznie, czyżbyś się nie wyspała?
Lily prychnęła obojętnie.
Choć nie. Wcale nie było to obojętne prychnięcie - brzmiało w nim znużenie, ale nie znudzenie, brakowało oczu toczących się wokół z irytacją, w kąciku ust zaróżowionych gorącą herbatą pojawił się za to lekki, nerwowy ruch.
Istotnie, Lily nie wyspała się tej nocy. Trudno wyspać się, aż do świtu zwiedzając plątaninę szkolnych lochów. Właściwie Evans powinna być zadowolona, że nie znalazła niczego niepokojącego, a pierwsze zadanie, które zlecił jej Dumbledore, w gruncie rzeczy okazało się pestką. Dlaczego więc Lily czuła się w ten fatalny sposób?
Dlaczego... Severus nie pojawił się na śniadaniu, tak, może zaczął coś podejrzewać, może ktoś ich widział, o Boże, dlaczego go na to naraziłam, a jeśli coś mu się stało, dlaczego wciąż nie przychodzi, Rudolf Lestrange spojrzał dziwie w moją stronę, a jeśli on wie, a jeśli oni wszyscy wiedzą... dlaczego czuła się tak okropnie?
- Uczyłam się do późna – powiedziała kąśliwie. – Sam chyba też zarwałeś noc.
Z dumą stwierdziła, że w jej głosie nie odbiła się żadna z tych pesymistycznych myśli. Co więcej przyjrzała się Łapie i uświadomiła sobie, że Syriusz faktycznie wygląda na wykończonego. Cienie pod oczami, choć nie umniejszały jego urodzie, nagle stały się oczywistym dowodem na to, że Black nie bez powodu przysiadł się do niej tego ranka.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odparł. Uśmiechał się nadal, ale jego oczy zrobiły się nagle zimne jak dwie grudy lodu.
Tym razem to Lily przechyliła głowę. Utkwiła w nim wzrok z nowym skupieniem i nawet jej myśli na krótką chwilę porzuciły Snape’a, koncentrując się wokół Syriusza.
Łapa wyprostował się. Czyżby zapomniał, że Ruda nie jest pierwszą lepszą, głupawą małolatą? Czyżby umknęło mu, że Lily Evans jest inteligentna, tak, ale przede wszystkim szalenie przebiegła?
- Black… - dziewczyna ściągnęła brwi.
Patrzyli na siebie. Syriusz z uśmiechem. Lily z ciekawością. Patrzyli przez krótką chwilę, a w głowie Evans zrodziła się ta myśl, myśl, która zwęziła jej źrenice i ścisnęła żołądek w lodowatej pięści.
To niemożliwe, że on ma coś wspólnego z…
- Słyszeliście już? – Za plecami Łapy stał Potter. Miał potargane włosy i krzywo zawiązany krawat od szkolnej szaty. Spojrzał na przyjaciela, a później zwrócił wzrok w stronę Lily i nie było w nim cienia tego zaczepnego uśmiechu, tego legendarnego, huncwockiego błysku. Czekoladowe tęczówki kryły smutek i gniew, i Lily aż zakręciło się w głowie, takie to było nienaturalne – widzieć smutek w oczach Jamesa Pottera.
- Co się stało? – Zapytał Syriusz.
Wtedy to usłyszeli. Głośny szloch na drugim końcu Wielkiej Sali.
- Zaczęło się – mruknął Rogacz, rzucając na stół najnowszy egzemplarz Proroka Codziennego.
Nagłówek na pierwszej stronie głosił:

„Zbiorowe morderstwa na czarodziejach mieszanej krwi. Ministerstwo Magii potwierdza: za wszystkim stoi zorganizowana grupa przestępcza”.

    Remus odzyskał przytomność gdzieś na skraju poranka. Dzień zapowiadał się słonecznie, ale miejsce, w którym Lupin otworzył oczy, było absolutnie mroczne. Nawet jego własne łóżko w dobrze znanym mu dormitorium wydawało się obce. Przeraził się jednak dopiero, gdy spojrzał w lustro. Ujrzał w nim postać o bladej twarzy i wyostrzonych rysach, o woskowej skórze oraz pożółkłych białkach. Ujrzał w nim odlegle znajomy cień samego siebie; poruszył palcami dłoni i tak, miał nad swoim ciałem jakąś kontrolę, ale było to ciało słabe, a kontrola – jakkolwiek obecna, to jednak dziwnie zezwierzęcona.
Chłopak stracił grunt pod nogami. Łazienkowe kafle były zimne; uderzywszy w nie kolanami z całą siłą, Lupin nawet się tym nie przejął, oparł o nie jeszcze dłonie, podpełzł do sedesu, a z ust trysnęła mu żółć.
Remus ledwie pamiętał swoją pierwszą pełnię. Granice czasu rozmywały się już w jego wspomnieniach, zapachy, dźwięki, bezsensowna kakofonia ognistych barw i krzyku – znikały. Po latach chłopak potrafił jednak z szaloną dokładnością odtworzyć śmiertelny strach, który wyrywał mu serce z piersi i ból… ból wydłużających się kości, pazurów przedzierających skórę, kłów rozrywających dziąsła. Pamiętał to i wiedział, kuląc się tamtego dnia na łazienkowej posadzce, że tym razem – w powietrze wystrzelił jego krótki, bezbarwny śmiech – tym razem będzie o wiele gorzej.
Tak właśnie zastała go Grace.
Wślizgnęła się do dormitorium chłopców ukradkiem, ledwie panując nad oddechem. Wiedziała, że tu jest, słyszała ciężki dźwięk jego upadku i stłumiony jęk. Czekała na niego wcześniej w Pokoju Wspólnym; palce owinęła kurczowo wokół dwóch butelek kremowego piwa, dłonie pociły się jej ze zdenerwowania. Musiała podziękować mu za pomoc, tak, ale przede wszystkim pragnęła wybadać, ile sytuacja z zeszłej nocy pozwoliła mu wydedukować. Ukryta w wysokim fotelu, obserwowała wejście na wieżę chłopców. Najpierw wyszedł Black. Później zdenerwowany Potter, ściskając w dłoni Proroka. Grace rzuciła okiem na wyraz jego twarzy i z rosnącą obawą przyciągnęła do siebie porzucony egzemplarz gazety.
Przeczytała nagłówek. Lista nazwisk ofiar, umieszczona pod krótkim artykułem, nie mogła jej dotyczyć – Grace nie miała poza Hogwartem nikogo bliskiego – ale przebiegła po niej wzrokiem. Rodzice, dziadkowie, siostry i bracia jej szkolnych przyjaciół… tyle znajomych imion.
Krew w żyłach dziewczyny zaczęła krążyć jakby wolniej, ale oczy nawet się jej nie zaszkliły.
Zastygła w fotelu. Pokój Wspólny opustoszał; uczniowie Hogwartu w obliczu tragedii gromadzili się teraz zapewne w Wielkiej Sali. Gdzieś za portretem Grubej Damy rozległ się rozpaczliwy płacz, który oddalał się stopniowo, by wreszcie całkiem zniknąć.
Ale Grace czekała. Przecież on musiał tam być, musiał tam być i nic nie wiedział. Czekała przez kolejny kwadrans, a potem podniosła się i ruszyła w stronę huncwockiego dormitorium.
Teraz jednak, kiedy już znalazła się w środku, straciła odwagę.
Widziała go. Jego plecy przez uchylone drzwi łazienki: wystający kręgosłup, skórę naciągniętą na żebra i długie, wąskie blizny. Drżał.
- Przepraszam… - Wyjąkała, nie znajdując w sobie innych słów niż to jedno, głupie „przepraszam” niepewnie przecedzone przez wargi.
Remus wygiął się gwałtownie i odwrócił. Zdawało się, jakby tak niedelikatny manewr mógł połamać wtedy jego ciało, ale kiedy spojrzał na Grace, w oczach miał szaloną siłę.
- Co ty tu… - wydyszał ochrypłym, niskim głosem. Zrobił ruch w jej stronę i ręce, którymi podparty był o podłogę, ugięły się pod nimi. Uderzył skronią o kafle.
- Jezu – Grace zrobiła krok naprzód, a wtedy Lupin poderwał głowę. Sam jego wzrok zatrzymał dziewczynę w miejscu.
Była zbyt daleko, by nabrać pewności i w dormitorium było zbyt ciemno, ale przecież mogłaby przysiąc… mogłaby przysiąc, że źrenice Remusa zwęziły się na kilka sekund w poziome szpary. Zamrugała, jakby miało to przegonić zwidy sprzed jej oczu, choć przecież widziała.
A chłopak, gdy krzyknął, głos miał nieludzki:
- Odejdź! – Zawył, aż Grace przycisnęła dłoń do ust, by także nie wrzasnąć. – Wyjdź stąd! Wynoś się!
Wyciągnął rękę – palce ściągnięte w szpony, chude ramię, ścięgna napięte jak postronki – i zatrzasnął drzwi łazienki, znikając za nimi.
Dziewczyna struchlała. Nie jadła nic od zeszłego wieczora i podziękowała teraz w duchu, że żołądek ma pusty, bo czuła, jak skręca się on ciasno gdzieś poniżej żeber. Najpierw, najciszej jak potrafiła, cofnęła się do drzwi. Usłyszała odgłos torsji i zagryzła dolną wargę, aż na wyschniętym ze zdenerwowania języku poczuła ciepłą lepkość krwi. Ten smak zawsze działał na nią uspokajająco.
Kiwnęła powoli głową i usiadła pod ścianą, podkulając nogi pod siebie.
Zostanie. Tak po prostu należało postąpić.

   Snape zbliżał się do Wielkiej Sali, kiedy to się stało. Wieść o atakach spadła ciężko na Hogwart wraz z nadejściem porannej poczty – pierwsze egzemplarze Proroka Codziennego na kolanach adresatów, pierwsze okrzyki, a w końcu… pierwszy płacz.
Chłopak wsunął się ostrożnie do jadalni, ale nie podszedł do stołu Ślizgonów. Nie dało się nie zauważyć, że podczas gdy do Wielkiej Sali wlewał się gwar przerażonych, rozespanych uczniów – niektórzy byli jeszcze w piżamach, sklejone snem oczy jak na przekór rozwierała panika – stół Slytherinu pozostawał pusty.
Severus wspiął się na palce i wyciągnął szyję.
Widział, jak sunie wzrokiem po liście ofiar. Jej twarz nie wyrażała prostego strachu – Snape czuł coś na kształt podziwu, kiedy tak ją obserwował. Zarówno jej ojciec, jak i matka mogli być na tej liście. Podniosła wzrok znad Proroka i spojrzała na Pottera, a w oczach miała już tylko gniew. Widział, jak odrzuca na plecy rude kosmyki i zagryza wargi. Poczuł ulgę. Państwo Evans byli bezpieczni.
 Lily była bezpieczna.
- Snape… - szepnął mu do ucha cichy, pełen słodyczy głosik.
Chłopak ledwie zdołał się nie wzdrygnąć.
- Czego chcesz? – Zapytał cicho.
Spojrzał na dziewczynę, która znikąd pojawiła się obok niego i uderzył go jej uśmiech. W sali pełnej ludzkiego cierpienia oraz grozy tak wyczuwalnej, że dałoby się ją pokroić, Bellatrix Black potrafiła uśmiechać się z najwyższą szczerością. Ten obraz pozostał już na zawsze w pamięci Severusa i już zawsze, ilekroć Snape pragnął przypomnieć sobie, jak wygląda prawdziwe zło, ten właśnie obraz stawał mu przed oczyma.
- Najwyższy czas, Severusie – zachichotała Bella. – To dzisiaj.
Złapała go za rękę. Chłopak drgnął na ten gest, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Pociągnęła go do wyjścia i skierowała się na prawo, w stronę lochów. Ostatkiem sił Snape powstrzymywał chęć rzucenia Lily spojrzenia. Nie, nie mógł sobie na to pozwolić. Tęsknota. Smutek. Ba, choćby nuta nostalgii! To wszystko mogłoby zabić ich oboje.
Bellatrix przyśpieszyła kroku. Przepchnęła się brutalnie obok dwóch pierwszorocznych Krukonek i Snape, chcąc czy nie, także potrącił barkiem jedną z nich. Miała zapuchniętą od płaczu twarz. Prorok nie przyniósł jej widocznie dobrych wieści.
- Dlaczego… - Kiedy znaleźli się w lochach, Snape powoli zaczął formułować odpowiednie pytanie. Wtedy jednak, dwa piętra poniżej Wielkiej Sali, Bella gwałtownie zatrzymała się i przycisnęła go do ściany.
Miała w ręku różdżkę.
- Uważaj, Severusie – mruknęła słodko.
Była piękna, ale na ten odrzucający sposób – jak luksusowa prostytutka, ze swoją skróconą szkolną spódnicą odsłaniającą blade uda. W jej oczach wirował mrok. Były zimne zwłaszcza wówczas, gdy uśmiechała się tym maniakalnym grymasem. Snape wiedział, że pragnęła jej połowa Hogwartu, w nim jednak nie wzbudzała niczego poza obrzydzeniem.
- O co chodzi? – Warknął.
Pozwoliła mu dobyć różdżki, ale parsknęła z lodowatą ironią, gdy ją ujrzała.
- Widziałam, jak się wczoraj wymykasz – odparła. Strach oplótł żołądek Severusa; Bella zyskała przewagę. – Chciałam ostrzec cię tylko. Zdradź, a spalę żywcem ciebie i każdego, na kim ci… - Urwała, odsłaniając rząd białych zębów w szyderczym uśmiechu – …zależy, Snape.
Odsunęła się o krok i chłopak zadrżał ze złości.
- Zależy? – powtórzył, czując jak na jego usta – obce usta, usta Severusa-Ślizgona, Severusa-Śmierciożercy – wypływa kpiący uśmieszek. – Nie bluźnij, Black.
Odwrócił się do niej tyłem i ruszył dalej, ale czuł wciąż jej wzrok wbity między swoje łopatki. Skąd Bella wiedziała, że uciekł tej nocy z dormitorium? Był przecież pewien, że gdy wychodził do Lily…
„Spalę żywcem ciebie i każdego, na kim ci zależy”, błysnęło mu znikąd.
Dotarli do lochu na końcu korytarza i Snape pchnął drzwi, wyrzucając z głowy myśli czyniące go słabym, zakładając zaś kamienną maskę. Wszystko to wydarzyło się przy akompaniamencie śmiechu Bellatrix, a chłopak nie miał już żadnych wątpliwości – Bella zwariowała.
Byli tam, tak właśnie przypuszczał. I choć scena, którą ujrzał, miała wiele elementów, Severus skupił się na tym jednym – na środku pomieszczenia, pomiędzy pozostałą piętnastką Ślizgonów, siedział Lucjusz Malfoy z podciągniętym do łokcia rękawem. Na jego żylastym przedramieniu widniał tatuaż w kształcie czaszki oplecionej wężem. Wąż pełzał po skórze Malfoya niecierpliwie, a czaszka była czarna jak smoła.
- Właśnie tak, Severusie – usłyszał chłopak jakby z oddali i zrobiło mu się niedobrze. – Tom Riddle powstał.
Być może już wtedy Severus Snape wiedział, co narodziło się właśnie na jego oczach. Lucjusz przytknął różdżkę do tatuażu i wąż wpełzł w rozwartą paszczę czaszki. Tamtego poranka, wraz z wieścią o mordzie dwudziestu siedmiu niewinnych osób, szesnastka Ślizgonów ostatecznie rozpoczęła wojnę w świecie czarodziejów, zapraszając Voldemorta do Hogwartu – ostatniej twierdzy, której dotąd nie zdołał zająć.
Ból nadszedł nagle. Snape zacisnął usta i kolana ugięły się pod nim. Gdzieś obok, wśród krzyku, na posadzkę padła Alecto. Severus poderwał rękaw szaty w górę i spoza mętnej mgiełki bólu spojrzał na tatuaż na swojej ręce.
Czaszka uśmiechała się do niego złowieszczo.
Lord Voldemort nadchodził.

   Popołudnie nadeszło wraz z chłodnymi, jasnymi promieniami słońca.
Lily uchwyciła to jednak tylko w przelocie. Przemykała korytarzami niby to spokojnie, ale jej nogi aż rwały się do biegu. Czuła się obnażona tutaj, na przestrzeni zalanego dziennym światłem, szkolnego labiryntu. Potrzebowała kryjówki. Ciemności.
Czuła zgrozę i gniew wieściami o atakach na mugolaków, czuła ogromną potrzebę działania i ekscytację, i odrazę własnym uczynkiem – a wszystko to było tak szalenie przyjemne, tak podniecające. I tak naturalnie przyszło Lily Evans wpaść w mrok zamkowych lochów, kiedy już się bezwiednie obok nich znalazła, jakby od dawna zwykła nimi błądzić, jakby je znała od pierwszego roku w Hogwarcie, albo nawet dłużej – od zawsze.
Dziewczyna wsunęła rękę do kieszeni szaty i chwyciła różdżkę. Zdawać się mogło, że naturalnym było dla niej zaatakowanie pierwszego napotkanego Ślizgona, ale wzroku nie miała uważnego. Skierowała go na drugą ze swoich dłoni, w której ściskała świstek pożółkłego pergaminu.  
Znała ten przedmiot od lat. Teraz, gdy się na tym skoncentrowała, przypominała sobie, ile razy widziała go, mimochodem chowanego do kieszeni przez jednego z Huncwotów. Ale Black – o tak… - Black miał go przy sobie najczęściej.
A potem Lily przypomniała sobie coś jeszcze. Kiedy w piątej klasie została prefektem, a Black z Potterem stworzyli imitację Tiary Przydziału i przydzielali pierwszoroczniaków do nowych domów, mieszając małym biedakom w głowach. Dostali wtedy szlaban i Lily nakryła ich na ucieczce, ale zanim ich zdemaskowała, usłyszała to magiczne zdanie.
- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego – szepnęła teraz, uderzając różdżką w pergamin, który wysunęła ukradkiem z kieszeni Rogacza.
Gdyby miała odrobinę rozumu w głowie, w porę pewnie by się opamiętała. Pomyślałaby: „hej, to nie ja, ja nie robię takich rzeczy, ja nie kradnę, ja nie oszukuję, Dumbledore wybrał właśnie mnie, bo znam zamek. Znam magię. I potrafię nad nią panować”.
Jednakże, drogi Czytelniku, znana Ci Lily Evans została gdzieś na górze, w Wielkiej Sali. Wspierała zrozpaczonych uczniów, podnosiła na duchu przyjaciół. Ta Lily Evans zdolna byłaby usłyszeć  głosy szesnastki Ślizgonów kierujących się w jej stronę.

Ta Lily jednak patrzyła szeroko otwartymi oczyma, jak Mapa Huncwotów rysuje się na pergaminie, w uszach dzwoniło jej z podniecenia, a Śmierciożercy nieuchronnie się do niej zbliżali.

                                                                         ***

Należy Wam się wyjaśnienie. 
Matura. Wielkie wzloty. Cholernie bolesne upadki. 
Złamane serca. Łzy. Śmiech. Alkohol. 
Zapomniałam, że kiedykolwiek tu istniałam. A potem okazało się, że nie wszyscy zapomnieli o mnie. 
I przypomniałam sobie, ile szczęścia dawało mi pisanie. Ile dawaliście mi Wy. 
Dlatego wracam. 
F.

sobota, 6 kwietnia 2013

3. Szpieg


2487_a0df_350

***


   - Cholera, Rogaczu - Syriusz cisnął brudną szmatę do wody z mydlinami i usiadł ciężko pod ścianą. - Mam dosyć.
Druga noc szlabanu była zwykle tą, w którą obaj Huncwoci stawali się niebezpiecznie świadomi swojego uzależnienia od magii. Pozbawieni różdżek i zmuszeni do pracy w sposób iście mugolski, nudzili się naprawdę bardzo. Znudzony Huncwot jest  zaś złym, acz nader pomysłowym Huncwotem i tego - pomimo wieloletniej praktyki - Filch wciąż się nie nauczył.
- Nie zasłużyliśmy tym razem - James usiadł obok niego. - Cholerny Snape.
- Cholerna Evans - Łapa kiwnął głową.
Potter zerknął na niego i nuta złośliwości zabrzmiała w jego głosie.
- Myślałem, że ją polubiłeś.
- Nonsens - Syiusz wzruszył ramionami. - Dziewczyny nie są do lubienia, Rogaczu. Zapamiętaj to sobie.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu; James wydobył z kieszeni złoty znicz, puszczał go i łapał na zmianę.
- Która godzina? - Spytał wreszcie z niecierpliwym mlaśnięciem.
- Za pięć minut północ - odparł Łapa i wtedy - naprawdę równocześnie, choć ciężko w to uwierzyć - Huncwoci uśmiechnęli się szeroko w stronę wypolerowanego dobytku przeszłych pokoleń. - Myślisz o tym samym, co ja?
- Mhm - przytaknął Rogacz. Trzepnął ramię Blacka wierzchem dłoni, zatrzepotał rzęsami i zawołał cienkim głosem - Łapo, ty wariacie!
- Cóż, do Audrey ci daleko - obaj podnieśli się z podłogi.
Północ była w Hogwarcie dość osobliwą porą. Nie tylko dlatego, że o tej właśnie porze dwie trzecie oświetlających korytarzy pochodni gasło, pozwalając im pogrążyć się w półmroku. Nie tylko również dlatego, że szlaban za przebywanie poza dormitorium po dwunastej miał znacznie mniej przyjemny wymiar. Północ w zamku - tak jak i w wielu nawiedzonych miejscach na całym świecie - była zwana Godziną Duchów. A duchów, co powszechnie wiadomo, w Hogwarcie nie brakowało.
- Sir Nicholasie - mruknął Black, stając twarzą do ściany. - Sir Nicholaaaasie.
Choć oczywistym jest fakt, że duch wywołany równo o północy zjawia się na miejscu natychmiast, zapisany w etosie rycerskim honor jeszcze przez chwilę kazał pozostać Bezgłowemu Nickowi w ukryciu. Kiedy pokazał się zaś wreszcie, zrobił to z niesłychaną godnością - najpierw przez ścianę wśliznęła się do komnaty jedna stopa w schludnych, czystych butach, później druga, a za nią reszta eleganckiego ciała z niewielkim tylko zachwianiem na wysokości karku.
- Nadużywasz mojej cierpliwości, Syriuszu Black - rzekł duch z wyższością. Omiótł wzrokiem Łapę, lecz kiedy spojrzał na Jamesa, w jego srogiej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Wszyscy wiedzieli, że miał słabość do Rogacza.
- Wybacz mi, sir Nicholasie - odparł Łapa, szczerząc zęby. - Chciałem tylko zapytać, czy oby ostatnia łapówka dla Stowarzyszenia Jeźdźców Bez Głowy była wystarczająco wysoka.
Nick naburmuszył się - wyglądał wówczas ni mniej, ni więcej, jak wciśnięty w surdut dzieciak.
- Moje członkostwo zostało przedłużone do przyszłego roku - burknął wreszcie.
- Wspaniale! - Syriusz klasnął w dłonie teatralnym gestem, a James wciął się gładko do rozmowy:
- Może mógłbyś znaleźć klucz i otworzyć nam drzwi, Sir Nicholasie? - Duch zerknął na niego szybko i głowa zachybotała mu się w kryzie. - Byłoby szalenie miło z twojej strony, gdybyś zechciał nam pomóc.
Gdyby mógł, Nick zarumieniłby się pewnie teraz.
- Cóż, Potter - odchrząknął. - Nie dość krwi napsuliście już naszemu drogiemu woźnemu?
- Wrócimy przed świtem - rzekł James szybko. - Proszę, Sir Nicholasie. Potwornie tu nudno.
Duch westchnął i, mrucząc pod nosem, opuścił pomieszczenie na kilka minut. Wrócił z kluczem i różdżkami Huncwotów, ominął Blacka i podał to wszystko Jamesowi.
- Argus śpi - rzekł mężczyzna. - Musicie wrócić przed świtem, gdy przyjdzie was wypuścić.
Obaj chłopcy zasalutowali Nickowi żartobliwie. Pierwszy z Komnaty Pamięci wyszedł Rogacz, Łapa podążał tuż za nim.
- Black - duch zatrzymał Syiusza w ostatnim momencie. Pogładził zawiniętego komicznie wąsa i zmrużył oczy, patrząc na Gryfona, który stał już w drzwiach, szeroko uśmiechnięty. - Spotkałem po drodze Armando Dippeta. Jego portret wisi w gabinecie dyrektora.
Uśmiech spełzł z twarzy Blacka natychmiast. Syriusz wyprostował się, czujnym wzrokiem sprawdził, czy Rogacz odszedł wystarczająco daleko i zapytał:
- Już czas?
Bezgłowy Nick oparł się ramieniem o ścianę. Patrząc uważnie na Łapę przekrzywił lekko głowę, ta zaś ze zgoła niesmacznym dźwiękiem zsunęła mu się z karku. Syriusz nie był pewien, na ile duch Gryffindoru - podobnie jak reszta poddanych zamkowi postaci - był wtajemniczony przez Dumbledora w całą sprawę, podejrzewał jednak, że nie znał zbyt wielu szczegółów.
- Obawiam się, że tak, Black - odparł cicho, patrząc ponad ramieniem chłopaka na korytarz za nim. - Już czas.
I, gdy tak to mówił, w jego głosie brzmiał najszczerszy smutek.

    W zamku było cicho i pusto, jak zwykle zresztą - Hogwart zasypiał wraz z jego mieszkańcami. Idąc korytarzem Lily wiedziała jednak, że nie ma też równie żywego miejsca jak to. Potrzebowała sześciu długich lat i jeszcze kilku miesięcy, by zrozumieć, że magia jest równie realna jak władające nią istoty. Może właśnie dlatego Dumbledore ją wybrał. Nigdy nie powiedział tego wprost, ale tak - gdy Evans się nad tym zastanawiała, uznawała to za całkiem sensowne wyjaśnienie. Dumbledore wybrał właśnie ją, bo rozumiała, że magia to cholernie niebezpieczne stworzenie, które mieszka w każdym czarodzieju, i którą Hogwart ma za zadanie właściwie ukształtować. Magia była winna tylu porażek; począwszy od pojonych nienawiścią pierwszorocznych Ślizgonów, a skończywszy na Lordzie Voldemorcie. Składała w setkach niewłaściwych rąk potężną moc: jednym machnięciem różdżki każdy chodzący po Ziemi czarodziej mógł manipulować, torturować i zabijać. Każdy mógł zamienić książkę w sztylet, zegarek w kastet, a Lily wolała nie zastanawiać się nawet co by było, gdyby Śmierciożercy znali pojęcie karabinu maszynowego.
- To twoje pierwsze zadanie - oznajmił Albus Dumbledore kilka godzin wcześniej. - Nie ignoruj go, Lily, i pamiętaj: nikt niepożądany nie może cię dzisiaj zobaczyć.
- Jak mam... - głos ugrzązł Evans w gardle i wówczas w oczach dyrektora pojawił się ten sam błysk, który obok mądrego starca czynił go także niezwykle potężnym magiem.
- Wiesz doskonale,  co czuje do ciebie Severus Snape - rzekł spokojnie - a ja wiem, że jesteś na tyle inteligentna i na tyle przy tym silna, by potrafić to wykorzystać.
Tak więc była tutaj - piętro ponad plątaniną szkolnych lochów o dwunastej dwadzieścia w nocy. Przygotowywała się do wyjścia dłużej niż zazwyczaj; przebrała szkolną szatę na codzienne ubrania, a potem ze trzy razy jeszcze zmieniała zdanie. Zdecydowała się wreszcie na coś zupełnie z pozoru zwykłego, ale wymierzonego bezpośrednio w Severusa - dżinsy podkreślające jej szczupłe nogi i błękitną koszulkę, którą nosiła często na ich wakacyjnej wyprawie dwa lata wcześniej. Nie nałożyła makijażu, by wyglądać jeszcze niewinniej. Zjawiła się w umówionym miejscu kwadrans przed czasem po czym, usiadłszy pod ścianą, podciągnęła kolana pod brodę i ciasno objęła je ramionami.
Kiedy Dumbledore mówił, że jestem wystarczająco inteligentna i silna, by manipulować Severusem - myślała Lily z bezgraniczną pogardą - zapomniał dodać, że jestem też wystarczająco wielką do tego suką.
I może znienawidziłaby siebie jeszcze bardziej lub nawet, zjedzona przed wyrzuty sumienia, wycofałaby się z zadania w ostatnim momencie, gdyby jej rozmyślania nie zostały w tamtej chwili przerwane:
- Coś się stało, Lily? - Snape wypłynął zza rogu i ukucnął przy niej natychmiast, stroskany. - Co jest?
Była blada, a jej dłonie drżały - rozdarta wewnętrznie wyglądała nieomal tak żałośnie, jak gdyby płakała.
- Nic mi nie jest - wyjąkała, wiedząc przy tym doskonale, że Severus wcale jej nie uwierzy. Złapała go za rękę; ostatnio zdarzało się to bardzo rzadko i, wedle domysłów, kompletnie wybiła go tym z równowagi. - Czułam się fatalnie po tym, co ostatnio zrobiłam. Chciałam pogadać.
- To... - Snape płonął rumieńcem. Nie patrzył Lily w oczy, wzrok utkwił w ich złączonych dłoniach. - To nic. Nieważne.
- Nie, nie - dziewczyna zakołysała się na piętach i Severus pomógł jej wstać. Kiedy stali tak blisko naprzeciw siebie, Evans z zadowoleniem spostrzegła, że chłopak jest od niej o sporo wyższy. To świetnie, myślała, podczas gdy z udawaną niezręcznością objęła go na kilka sekund. - Przepraszam za wszystko - mruknęła miękko, ściągając usta w podkówkę.
- Naprawdę... - Snape głos miał słaby; odchrząknął, a oczy błysnęły mu podejrzliwie. - Jesteś pewna, że wszystko z tobą dobrze?
"Przesadziłaś", skarciło Lily jej nowe, szpiegowskie alter ego - wyjątkowo zimna kreatura, swoją drogą - i dziewczyna zwiesiła ramiona wzdłuż boków, odsuwając się od Severusa na odległość dużego kroku.
- Mogłeś nie przychodzić, jeśli nie chciałeś mnie widzieć -stwierdziła chłodno, o sto osiemdziesiąt stopni odwracając swoją taktykę.
- Nie, nie, to nie tak - zgodnie z przewidywaniami planu B, Severus wpadł w lekką panikę. - Przecież wiesz, że gdybym tylko mógł...
- Ale nie możesz - Lily weszła mu w słowo, posyłając płomienne spojrzenie. - Należymy do dwóch światów i  czas, żebym poznała twój.
Ślizgon nie od razu zrozumiał, o co właściwie prosi rudowłosa. Zamrugał kilka razy, a jego okrągłe źrenice powiększyły się nieco.
- Dlatego tutaj - westchnął, rozglądając się po ponurym korytarzu przy wschodnim zejściu do lochów.
- Tak - Lily zdecydowana już była na kontynuowanie ofensywy, ale dziwny wyraz na twarzy Snape'a skutecznie zamknął jej usta.
- Na Merlina, Lils - rzekł tamten cicho. - Czyś ty do reszty zgłupiała?
Oboje wiedzieli, że to kluczowy moment - Severus nieświadomie, Lily zaś świadomie aż do bólu. Trwało ułamek sekundy, zanim dziewczyna wybrała odpowiedź, jakiej powinna mu udzielić, a wówczas wplotła weń cały smutek, który w sobie miała:
- Nie widzę innego ratunku dla naszej przyjaźni.
I kiedy go mijała, łzy w jej oczach wcale nie były udawane. Uświadomiła sobie, że sięgnęła po broń uderzającą poniżej pasa, pogłębiając do granic odczuwaną do siebie pogardę.
- Zaczekaj - Snape znalazł się przy niej, gdy stanęła u wejścia do lochów. - Nie możesz...
Dostrzegł jej łzy i zabrakło mu słów.
- Zabroń mi - rzuciła przez zęby, wchodząc w gęstą ciemność podziemi.
Słyszała jego przekleństwa, ale nie zareagowała, gdy jeszcze przez jakiś czas próbował ją zatrzymać.
Polecenie Dumbledora było jasne - przeszukać wschodnią część lochów - i teraz, gdy Lily upadła we własnych oczach poniżej najniższego poziomu, nie pozostało jej już nic innego, jak wykonać zadanie.
A potem... potem może raz jeszcze odwiedzić Wieżę Astronomiczną, może spać do południa i zanurzyć się w książkach szkolnej biblioteki. Udawać, że wszystko jest w porządku tak mocno i długo, aż sama w to uwierzy.
Istnieć po prostu. W czerni wypełniającej lochy Lily słyszała teraz tylko swój własny, drżący oddech.

     Pełnia zbliżała się nieuchronnie i Remus czuł ją sobą całym - tym razem, jak mu się zdawało, mocniej niż kiedykolwiek. Zostały jeszcze cztery dni, ale już tydzień wcześniej chłopak był gotowy na odejście. Plecak, wypchany jego najgorszymi ubraniami oraz książkami, których wciąż nie przeczytał, albo które miał zamiar przeczytać dwudziesty raz, był spakowany i ukryty pod dolną częścią łóżka. Z łóżka zaś Lupin nie mógł tej nocy wstać i coś w owej bezsilności napełniało go lękiem. Nie był to strach, ale ten złośliwy, swędzący rodzaj lęku, jakby ktoś szeptał nieustannie: "wkrótce wydarzy się wszystko, czego się obawiasz, kotku". Więc Remus leżał w ciemności i słuchał tego szeptu, a kiedy prawie zapadał w sen, budził go potworny ból głowy - i tak w kółko.
Około północy chłopak zaczerpnął wreszcie tchu i, zacisnąwszy zęby mocno, podniósł się do pozycji siedzącej. Cieszył się, że reszta Huncwotów miała szlaban właśnie tej nocy. James i Syriusz byli jego najlepszymi przyjaciółmi, ale niezależnie od tego, jak bardzo próbowali mu pomóc z "futerkowym problemem" - nie mogli zrozumieć, przez co przechodził Lupin. Był on typem "cierpiącego w milczeniu", i to nie bynajmniej dlatego, że Lunatyk lubił się nad sobą użalać. Stał oto przed wyborem - krzyczeć, płakać, skręcać się z bólu i oczekiwać pomocy, czy też przechodzić przez to z zaciśniętymi zębami i godnością. Cóż, życie wystarczająco przećwiczyło Remusa Lupina przez ostatnie siedemnaście lat, by wskazać mu właściwy wybór.
A z resztą... Remus bardzo lubił ciszę.
Wstał. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, usiadł więc ciężko na łóżku i wstał raz jeszcze. Serce trzepotało w piersi delikatnie, zatrzymywało się, a potem biło bez rytmu na nowo. Słyszał te ponaglające uderzenia, które, zdaje się, równie dobrze mogły być wskazówkami jego prywatnego zegara. Czas mu się kończył, jak stwierdzał z dziwną, spokojną pewnością.
Noc przeminie. Słońce wstanie. Kończy mi się czas. Ha, ha, ha.
Dormitorium. Pokój Wspólny. Korytarz, schody, a potem jeszcze kilka kolejnych korytarzy. W którymś momencie strzała bólu przebiła mu płuca i Remus upadł na posadzkę, wypuszczając z siebie całe powietrze. Miał z tej pozycji całkiem niezły widok na skrawek nocnego nieba rozciągniętego nad Hogwartem. Wróżyło dobrą pogodę. Lupin widział gwiazdy i zdawał sobie sprawę, że dziesięć czy piętnaście metrów dalej mógłby dostrzec także Księżyc. Kolejne pociągnięcie bólu - ognista pręga wzdłuż kręgosłupa. Odwrócił się na bok i zacisnął zęby na własnym przegubie. Pomfrey miała rację, powinien przyjść do niej wcześniej.
Ale nie, nie, wcześniej przecież nie mógł się zjawić (ręka bolała go porywiście w miejscu, gdzie się w nią wgryzł i był to ból do szaleństwa przyjemny). Za dnia ktoś mógłby go zobaczyć. Mógłby podejrzewać. Prefekt naczelny w Skrzydle Szpitalnym, też coś!
Później usłyszał jęk. Najpierw Remus pomyślał, że to on sam jęknął, ale dźwięk powtórzył się i był zdecydowanie bardziej odległy. Mógł dochodzić z niższego piętra - Lunatyk miał w tym czasie bardzo wyostrzone zmysły, pogodnego wieczora potrafił wyczuć padający o poranku deszcz i słyszał rzeczy, których zwykły człowiek nie miał prawa usłyszeć. Oprzytomniał nagle, zdrową ręką wyjął z kieszeni różdżkę i ruszył w kierunku jęku.
Adrenalina pozwoliła mu opanować się na jakiś czas, ale Lupin wiedział, że powinien się śpieszyć, była to wszakże bardzo krucha samokontrola.
Dotarł do źródła dźwięku w pół minuty; zatrzymał się nieopodal i nasłuchiwał. Dźwięk, który chłopak wziął początkowo za jęk, był w rzeczywistości słabym, cienkim głosikiem. Co dziwne, to nie jego brzmienie pierwsze wydało sie Remusowi znajome, a wiązanka przekleństw, która była nim płynnie wypowiadana. Lunatyk znał tylko jedną osobę, która potrafiła przeklinać w ten sposób.
- To chyba jakieś kpiny - wycedził, wychodząc zza rogu.
Stała tam, wsparta o ścianę, pochylona w przód Grace Bennett. Stała i wymiotowała gwałtownie.
- No nie - na jego widok wyprostowała się szybko, ale kolejna torsja rzuciła ją do przodu na nowo. - To ty.
Mimo półmroku Remus widział, że dziewczyna jest biała niczym kreda, a jej twarz błyszczy od potu i łez. Faza przedwilkołaczego szaleństwa wycofała się nawet głębiej do podświadomości, gdy spostrzegł, jak kolana Grace drżą.
- Co się dzieje? - Zapytał niespokojnie. Podszedł bliżej niej, ale nie miał dosyć odwagi, by ją dotknąć. - Co tu robisz?
- Szłam właśnie do Skrzydła Szpitalnego - odparła, nie patrząc mu w oczy. Kaszlnęła pojedynczo i zemdlona straciła równowagę, a Lupin odruchowo chwycił ją za przegub.
- Jezu - mruknął. Ugiął nogi, by schwycić ją mocniej. Kiedy ją trzymał, działo się w nim coś nieokreślonego - musiał usilnie przypominać sobie, że wciąż jest w samym centrum tej sytuacji i powinien odpowiednio zareagować. Z trudem odciągnął swoją uwagę od tego, jak krucha i bezbronna była wówczas Grace, i jak łatwo mógł ją zmiażdżyć jednym ruchem łap wilkołaka ukrytych w ludzkich dłoniach.
Potrzebował zastrzyku Pomfrey. Teraz.
- Idziemy - westchnął, podcinając Bennett nogi. Jej głowa bezwładnie opadła mu na ramię; dziewczyna zadrżała kilka razy i jakby zgasła, tracąc resztkę świadomości.
Była bardzo chora. Remus nie potrzebował wilkołaczych zmysłów, by to zrozumieć.
 Szybko dotarli do Skrzydła, w którym świata przygaszono, a łóżka stały nienagannie zaścielone. Pani Pomfrey wyszła im naprzeciw ze swojego kantorka, przez jej twarz zaś przemknęło całe spektrum emocji - od zgrozy, przez obawę, aż po profesjonalną rzeczowość.
- Połóż ja tutaj - poleciła pielęgniarka. Wskazała na najbliższą pryczę, bacznie obserwując twarz Lunatyka. Chłopak wiedział, czego szuka w jego obliczu.
- Spotkałem Grace po drodze - pośpieszył z wyjaśnieniami. - Wymiotowała dwa piętra wyżej. Twierdzi, że właśnie tutaj szła.
- Tak, Bennett jest... - Pomfrey potrząsnęła głową i zmusiła go, by się cofnął. Przyciągnąwszy parawan, zasłoniła nim drobną sylwetkę dziewczyny przed jego oczyma, ale Remus wciąż słyszał. Płytki oddech. Słaby puls. Zza parawanu dobiegł go głos pielęgniarki. - Usiądź, Lupin.
Rzeczywiście, chłopak ledwie trzymał się na nogach. Opadł na sąsiednią pryczę i żołądek podszedł mu do gardła. Naciągnął rękaw starej bluzy, ukrywając krwawy ślad zębów na swoim przegubie.
- Co z nią? - Zapytał po chwili.
Pomfrey wyłoniła się wtedy zza parawanu i stanęła przed nim z zaplecionymi rękoma.
- Wyjdzie z tego - odparła wymijająco. - Powiedz mi lepiej, jak ty się czujesz. 
Remus przesunął dłonią po twarzy i nawet zdobył się na słaby uśmiech, zanim skłamał mistrzowsko:
- Wszystko w porządku, pani Pomfrey - pielęgniarka łypnęła na niego nieufnie, uśmiechnął się więc jeszcze odrobinę szerzej. - Przyszedłem po zastrzyk, żeby uniknąć niespodzianek.
Przygotowała lek; strzykawka była duża, igła gruba, a sam płyn - brunatny. Przez pierwsze dwa lata pielęgniarka musiała unieruchamiać Lupina przed zabiegiem. Teraz chłopak uodpornił się już na ból. Zacisnął zęby, odwrócił wzrok i pozwolił, by Pomfrey wbiła się igłą w nasadę jego szyi.
- Zwiększyłam dawkę - powiedziała kobieta cicho. Spojrzeli sobie  w oczy.
Poppy Pomfrey wiedziała.
- Dziękuję - szepnął prawie bezgłośnie.
Wówczas też lek zaczął działać. Remusowi zaszumiało w głowie, napięte mięśnie rozluźniły się i chłopak otworzył usta, by się pożegnać, jednak wtedy...
- Uważaj na siebie! - rzuciła za nim pielęgniarka, ale chyba wcale jej nie usłyszał. Przeszedł obojętnie pomiędzy podwójnym szeregiem łóżek i opuścił Skrzydło.
Nie czuł. Nie czuł niczego. Raz jeszcze - schody i korytarze, jeden za drugim, aż do znużenia.
Na Mapie zobaczył, że Huncwotom udało się zerwać ze szlabanu. Przystanął przy jednym z kamiennych gargulców i roześmiał się, zanim jednak śmiech przebrzmiał w przestrzeni, Remus nie pamiętał już, co go tak właściwie rozbawiło.
Biblioteka. Będą go szukać i tam go znajdą, ale nie spostrzegą, że znaleźli tylko pustą, beznamiętną atrapę.
- Wiedziałem - uśmiechnął się znad książki na widok przyjaciół. Zamrugał, zaskoczony nieco. Nie pamiętał drogi do działu ksiąg zakazanych, faktem było jednak, że trafił doskonale - od zawsze żywił upodobania do tego miejsca, a jako prefekt naczelny miał do niego także legalny dostęp.
- Strasznie tu - Potter usiadł naprzeciw i ściągnął brwi. - Zachowujesz się jak jakiś wilkołak, czy coś w tym stylu.
Twarz Lunatyka najpierw poszarzała, ale trwało to tylko ułamek sekundy - później chłopak zachichotał cicho.
- Wilkołak, jeszcze czego - Remus zatrzasnął czytany przez siebie wolumin i zgarnął go do torby, zwracając się do Syriusza. - Jak udało się wam wyjść?
Ale Blacka nie było tam, gdzie jeszcze chwilę temu stał z założonymi w tył dłońmi - ani jego, ani Mapy Huncwotów, którą musiał porwać wcześniej niepostrzeżenie.
- To bardzo dziwna noc - szepnął Lunatyk, patrząc na srebrzysty okrąg wznoszący się daleko za oknem.
Później biblioteka także wyparowała i Remus znalazł się we własnym dormitorium. Była trzecia w nocy; James siedział obok, próbował namówić go na partyjkę szachów. Lupin miał na sobie swoje stare piżamy, choć nie przypominał sobie, by zdejmował szkolną szatę, a po głowie chodziła mu drżąca ze słabości Grace Bennett.
- To bardzo dziwna noc - powtórzył, odwrócił się na drugi bok i zasnął głęboko.
Pomfrey wiedziała, co robi. Nie obudził się aż do południa.

    Syriusz zamknął drzwi schowka na miotły i musiał przyznać przed samym sobą, że zrobił to w ostatnim momencie - zdążył zniknąć z korytarza tuż przed tym, jak przecięła go miękko Pani Norris. Chłopak odetchnął głęboko i usiadł na wiadrze odwróconym dnem do góry. Uspokoił oddech z pewnym trudem. Adrenalina obmyła go jak fala, która nadeszła nagle i odpłynęła zaraz. Był z siebie poniekąd dumny - wskazówki Dumbledora działały, Łapa panował nad sobą coraz lepiej.
Dyrektor pierwszy raz wezwał go do siebie w czerwcu ubiegłego roku. Był to okres, w którym Syriusz, choć powszechnie uważany za zdolnego czarodzieja, nie przywiązywał wielkiej wagi do ocen, a jego kartoteka dosłownie pękała w szwach. McGonagall prawie regularnie odbywała z nim wychowawcze rozmowy, w końcu jednak i ona zrozumiała, że twardy charakter Łapy nie jest skłonny do zmian pod wpływem presji otoczenia. Mniej więcej trzy tygodnie po ostatniej wizycie u opiekunki Gryffinforu - dwa szlabany i jeden nieoddany esej później - Black otrzymał zaproszenie na rozmowę od samego dyrektora. I nie była to bynajmniej rozmowa, jakiej się spodziewał.
Koniec przerwy. Chłopak uderzył różdżką w powierzchnię Mapy i mlasnął niecierpliwie językiem, jakby mógł tym przyśpieszyć rysujące się nań kształty. Już w bibliotece zauważył dziwną aktywność w okolicach lochów i uznał ją za doskonałe zrządzenie losu - paru przejrzanych Ślizgonów i wykonanie zadania dla Dumbledora za jednym zamachem, ot co.
- Sprawdzisz wschodnią część lochów - rzekł dyrektor poprzedniego wieczora. Był to kolejny pogodny wieczór września, ale pogodność ta nijak nie udzielała się na twarzy starca. Syriusz odwrócił od niego wzrok, nie zdołał jednak ukryć gwałtownej, palącej emocji, która nim zawładnęła. - Myślisz, że jesteś gotowy, Syriuszu?
- Oczywiście - Black zacisnął pięść i rozprostował palce. - Jasne, że jestem gotowy, profesorze.
I tak, był gotowy - być może nie był gotów bardziej jeszcze nigdy wcześniej. Albus pracował nad nim przez wiele miesięcy. Pracował nad agresywną siłą Łapy, a jego starania - początkowo, jak się Syriuszowi zdawało, do cna naiwne - sprawiły ostatecznie, że dyrektor zdobył w Blacku oddanego mu sojusznika.
Mapa była już kompletna.
- Lumos - Łapa pochylił się niżej nad jej lewym dolnym rogiem i nie musiał szukać długo tego, co spostrzegł w bibliotece już kilkanaście minut wcześniej.
Ruch w lochach, które chłopak miał sprawdzić, nie był jednak wcale tym, czego się spodziewał.
- Co ty kombinujesz, Evans? - Mruknął, mrużąc oczy.
Poczuł chłód. Uczucie to rozprysło się we wszystkich kierunkach w jego ciele, jak ostre kawałeczki niematerialnego szkła.
Wstał, ale coś jeszcze na chwilę zatrzymało go w miejscu.
Spojrzał na Mapę i wiedział teraz - tak, wszystko do siebie pasowało, jak mógł wcześniej tego nie zauważyć?
Lily Evans - prefekt naczelna Gryffindoru, wybranka Rogacza i pierwsza dziewczyna, którą Syriusz uznał za potencjalnie wartościową - ta sama właśnie Lily Evans była... szpiegiem Ślizgonów.












wtorek, 19 lutego 2013

2. Bez zasad

7417_d17d_350 


***
    - Rozchmurz się, Rogaczu - powiedział Syriusz. Wokół głowy miał obwiązany krawat i pociągnął go teraz, aż ten zawisł luźno na jego szyi. - Na Merlina, dlaczego ona cię ciągle obchodzi? Daj sobie z nią spokój, nie jest tego warta.
Black widział to w oczach Jamesa. Widział to już od bardzo dawna, ilekroć rozmawiali na jej temat, być może właśnie dlatego, że znał go od podszewki. Ba! emocje, gasnące i zapalające się w orzechowych tęczówkach, Syriusz wyłapywał jak odbiornik radiowy, tyleż zniekształcone, bo absolutnie Łapie obce. 
- Mówisz poważnie? - Potter odchylił głowę w tył, zaciągnął się trzymanym przez siebie papierosem i powoli wypuścił obłok różowego dymu.
- Pewnie i jest w niej coś... - Black wetknął fajkę do ust, by zakamuflować dziwnie niezręczne milczenie, które wówczas zapadło, a potem spojrzał na papierosa z uznaniem. - Zonk się spisał. Może następnym razem zamówimy bananowe?
Siedzieli w ciemnym dormitorium. Przez zamknięte drzwi przesączała się do środka muzyka dochodząca z Pokoju Wspólnego, przez otwarte okno zaś wpadało chłodne powietrze. Woń wytworów Zonka - równie zakazanych, co popularnych w Hogwarcie - wypełniał wnętrze truskawkową lepkością.
- Siedem lat, Łapo - James zmiął niedopałek o ścianę szkoły, wychyliwszy się przez okno, a potem cisnął go w dal. Zeszli obaj z parapetu, spojrzeli po sobie i Syriusz mógłby przysiąc, że w słodki zapach ciemności wdarła się gorzka nuta niewypowiedzianych przez Jamesa słów. - Chodź. Założę się, że czeka na nas tam kilka ślicznych blondynek.
- Byleby nie rudych, tak? - Black przytknął różdżkę do drzwi, które stanęły przed nimi otworem. Uderzyły w nich dźwięki muzyki i gwar głosów dochodzących z dołu.
- Właśnie - Potter zaśmiał się fałszywie. - Byleby nie rudych.
I kiedy schodzili do Pokoju Wspólnego, Syriusz pomyślał, że tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności Lily nie zjawiła się na dzisiejszej imprezie. Drażniło go to, jak traktowała Jamesa. A może - do tego Łapa nie potrafił przyznać się nawet przed samym sobą - może irytowało go po prostu, jak Rogacz zmienia się przy niej. Jak przestaje być Huncwotem, odrobinę bardziej za każdym razem.
Salon pogrążył się w chaosie. Wszędzie stały butelki i szklanki, papierki i resztki jedzenia. Uczniowie zajmowali wszystkie meble oraz większą część podłogi. Potter wraz z Łapą wywołali swoim przybyciem tradycyjne już poruszenie, które ani ich nie peszyło, ani im nie pochlebiało. Witając się po drodze z kilkoma Gryfonami, przeszli do najbliższej kominkowi sofy, na której znaleźli Remusa. Wszyscy wiedzieli oczywiście, że niepisanym prawem sofa ta jest własnością Huncwotów. Nie musieli oni już demonstrować swojego prawa do niej, a nawet gdyby - nie mieli ku temu większych oporów. Gryffindor wciąż pamiętał kilka takich potyczek.
- Niczym stado spragnionych zwierzaków - oznajmił Remus, podając pozostałej dwójce po butelce kremowego piwa. - Uwierzycie, że właśnie widziałem, jak półnaga drugoroczniaczka wymiotuje do dzbanka po soku dyniowym?
James przeskoczył przez oparcie sofy, rozkładając się nań wygodnie, Black zaś przysiadł na jej brzegu, lustrując pomieszczenie bystrym okiem.
- Jenny Conelly przytyła - rzekł wreszcie.
- Nazywa się Gemma - oznajmił Lupin, nie odwracając nawet wzroku od kominka. - Bądź miły.
- Ach, Lunatyku  - Syriusz wzruszył ramionami. Skłonił się lekko i, utkwiwszy wzrok na drugim końcu Pokoju Wspólnego, powoli odepchnął się od sofy. - Jak zwał tak zwał.
Przysiadł się do grupy rozchichotanych czwartoklasistek, szepnął coś do nich z wystudiowanym uśmiechem naczelnego łobuza i skinął dłonią na przyjaciół.
- Ja podziękuję - Remus zaśmiał się, kręcąc głową. James mrugnął do Syriusza, ale także nie wstał z sofy. Łapa wzruszył ramionami; mógł poradzić sobie i ze czterema.
- Co z tobą, Lunio? - Mruknął Potter zniżonym głosem. Blask ognia, który padał na twarz Remusa, pogłębiał okrutnie jego zmęczenie.
- To będzie ciężka pełnia - odparł chłopak spokojnie. Pociągnął łyk kremowego piwa, spojrzał przyjacielowi prosto w oczy i wypalił niespodziewanie - nie było jej tutaj, Rogaczu, przykro mi.
James uniósł się z kanapy. Zmierzwił włosy i uśmiechnął się lekko. Ogień błysnął w szkłach jego okularów.
- To bez znaczenia.
Bóg jeden wie, że być może pierwszy raz w życiu skłamał tamtej nocy swojego przyjaciela.



***

    Poszło szybciej, niż zwykle; u ramienia Syriusza wisiała jedna z tych głośnych czwartoklasistek, Diana lub Danny, a może Denise - dla Łapy nie miało to większego znaczenia. Była ładna, ale w specyficzny, poniekąd odrzucający sposób: miała głęboki dekolt, krótką spódniczkę, a kiedy się zbliżała, powietrze przesiąkało wonią jej drogich perfum.
- Hm, mogę? - Zapytała, wyciągając dłoń w stronę dzierżonej przez Blacka butelki Ognistej Whiskey.
- Wystarczy ci już - odparł chłopak, odtrącając jej rękę niecierpliwie. Zaczerpnął łyk trunku, zamruczał i odwrócił się do Gryfonki, przypierając ją lekko do ściany. - Więc może powtórzysz mi swoją teorię na temat dobrej zabawy, co, Danny?
- Daisy - poprawiła go niewyraźnie.
- Wszystko jedno - pochylił się, a potem pocałował ją mocno, głęboko i absolutnie beznamiętnie. Jej usta smakowały alkoholem oraz mentolową gumą do żucia; tak mógłby smakować niezobowiązujący seks, gdyby dało się określić jego smak.
- Będę teraz twoją dziewczyną? - Zapytała Daisy. Nieporadność, z jaką odpinała guziki obcisłej bluzki, zniecierpliwiła Blacka. Chłopak odtrącił jej ręce raz jeszcze, rozrywając bluzkę jednym szarpnięciem.
- Moją dziewczyną? - Wychrypiał między jednym pocałunkiem a drugim. - Oszalałaś?
Łapa wiedział doskonale, co robi. Odpowiadało mu, że kobiety są istotami w gruncie rzeczy tak banalnymi; mógł nimi manipulować, jak mu się żywnie podobało i znał doskonale reakcję na pociągnięcie każdego ze sznurków. Sznurek zaś, który pociągnął teraz, uraził niewielką, acz wciąż istniejącą dumę Gryfonki. Dziewczyna wydęła usta. Można by pomyśleć, że uderzy, ale nie... Łapa wiedział, że Daisy nie postawi mu się tej nocy. Przymknął oczy i westchnął, pozwalając jej działać. Oparł się o ścianę; podczas gdy ona wiła się w dole, wyciągnął z kieszeni Mapę Huncwotów i rozłożył ją jedną ręką na stoliku przy swoim boku.
- Co robisz? - Spytała tamta, zaprzestając na chwilę gorączkowych manewrów.
- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego - Syriusz stuknął różdżką w pergamin i posłał Daisy przelotne spojrzenie. - Próbuję nie zarobić kolejnego szlabanu. Nie zawracaj sobie tym swojej biednej, ciasnej główki, Denise.
Ryzyko nie tkwiło oczywiście w tym, że zostaną przyłapani poza dormitorium w środku nocy. Problem mógłby pojawić się wówczas, gdyby ktoś nakrył ich uprawiających seks w sali od transmutacji, w której tego samego dnia Black przemieniał książkę w jabłko i na odwrót. Tak, pomyślał Syriusz, a z ust wyrwał mu się głośny chichot, który naiwna Denise potraktowała jako zachętę. McGonagall zdecydowanie nie byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw.
Wnioski! - wybełkotał nietrzeźwy rozsądek Łapy. Chłopak poderwał Daisy w górę. Posadził ją na stole obok Mapy, a kiedy zajął się jej szyją oraz gorzkim od perfum karkiem, nie odrywał wzroku od pergaminu. Nie zamierzał ryzykować życia dla przygodnego, pijackiego i - co bardzo prawdopodobne - kiepskiego numerka z upudrowaną małolatą. Och, miał kilka znacznie lepszych pomysłów na śmierć.
- Hm - odchrząknął, gdy w obserwowanym przez niego fragmencie Mapy pojawiły się ciemne ślady stóp. Jednym ruchem odtrącił Daisy od siebie.
- Co... - wyjąkała, naciągając koszulkę na cienki stanik.
- Szszsz - Syriusz przyjrzał się Mapie bliżej, z trudem skupiając nań wzrok. Nie McGonagall. Nie
Filch. Nawet nie Pani Norris, tylko cholerna prefekt naczelna Lily Evans. Black machnął ręką w 
stronę Daisy, nie popatrzywszy nawet na nią. - Diana, kochanie, ubierz się z łaski swojej i spieprzaj.
Pociągnął łyk Ognistej Whiskey. Podczas gdy palący strumień spływał mu do żołądka, a gdzieś z tyłu
na wpół naga Gryfonka słała w powietrze wiązanki najwymyślniejszych wyzwisk pod jego adresem,
maleńkie stópki Lily zatrzymały się w połowie korytarza piętro wyżej.
- I wiesz co jeszcze, Black? - Głos Daisy brzmiał płaczliwie. - Może było w tobie kiedyś coś
niezwykłego, ale stoczyłeś się. Wyglądasz jak wrak człowieka, skończony bydlaku!
Jej słowa najpierw go ominęły. Przepłynęły gdzieś obok, odbiły się od kamiennej ściany i dopiero do
niego dotarły.
- Ałć - rzekł wtedy bezbarwnie.
Drzwi trzasnęły. Kilka kropel Ognistej Whiskey trafiło na pierś Syriusza, kiedy chłopak zbyt
gwałtownie podniósł butelkę do ust. Stópki Lily ruszyły; skierowały się najpierw na schody, a potem
dalej, w stronę Wieży Astronomicznej.
- Co ty wyprawiasz, Evans? - Wymamrotał Black. Słowa nie brzmiały zbyt kształtnie w jego ustach.
Alkohol przyjemnie uderzał do głowy, znieczulał, ogłuszał, ale nie oślepiał jeszcze. Ciemne,
zdecydowane kreski Mapy pogrążonego w mroku zamku i chodzący ideał łamiący przepisy - to Łapa
widział aż nader wyraźnie.
Mam ją gdzieś, oznajmił rozdrażniony głosik w jego głowie. Był to chyba głosik rozsądku, który
Syriusz ignorował już nieomal odruchowo. 
- Byłbyś dumny, Rogaczu - chłopak zwinął Mapę, wcisnął ją do kieszeni po czym, z butelką w dłoni,
ruszył ku drzwiom.
Najpierw chciał coś zrobić - dogonić Daisy i pokazać jej, że nawet z dna potrafi wzbić się na szczyt,
jeśli tylko odrobinę tego pragnie, albo też znaleźć więcej Whiskey i upić się do nieprzytomności - ale
zaraz bez namysłu podążył za Lily.
Nie cierpiał tego dumnego, nudnego rudzielca, lecz fakt, że stała teraz na Wieży Astronomicznej,
czynił ją do cna samotną. I może dlatego, że Syriusz nagle również poczuł się samotny do samego
cna, postanowił pobyć sam... we dwójkę.
A może był po prostu bardzo pijany.
Tak. To mogło być właśnie to. 



***

    Grace przesunęła dłonią po twarzy, ścierając z niej kropelki potu. Włosy przykleiły jej się do karku, ułożyła je zatem na ramieniu i wcisnęła ręce do kieszeni bluzy, by ukryć ich drżenie. Zamrugała kilka razy, a kiedy zaczerpnęła tchu, falujący obraz korytarza prawie całkiem się wyostrzył. Jeszcze dwie, góra trzy minuty; Grace znała to aż nazbyt dobrze - drwiące chwile odmierzania czasu własnym, urywanym oddechem.
Nie zauważyła nawet, kiedy nadszedł. Spotkania z nim w pamięci Grace rysowały się zgoła mgliście, a jego obecność w jej życiu była dziwnie nierzeczywista, toteż niespecjalnie przejęła się najpierw tym, co robi. Poczuła przy uchu gorący oddech i przechyliła głowę z westchnieniem; zdecydowane, niecierpliwe palce zabłądziły w okolicach jej talii, by spocząć na ostro zarysowanych kościach biodrowych.
- Masz to? - Spytała wtedy niewyraźnie.
- Zgodnie z umową - w odpowiedzi wychwyciła nutę bezczelnej pewności siebie i przymknęła oczy, modląc się o cierpliwość. Tylko jedną, malutką minutę cierpliwości jeszcze. - Najlepszy towar dla najlepszej klientki, kotku.
- Dawaj - mruknęła, obracając się sztywno na pięcie.
Stanęła z nim oko w oko i po raz kolejny przekonała się, że w tych oczach jest coś zimnego i przerażającego, i po raz kolejny obiecała sobie, że nie spojrzy w nie już nigdy więcej, wiedząc przy tym, iż nie zdoła tej obietnicy dotrzymać.
- Uwielbiam, kiedy jesteś na głodzie - wymruczał. Byli blisko siebie, tak podniecająco, obrzydliwie blisko. Grace błądziła po jego ciele wzrokiem - głodnym, chorym i nieprzytomnym - a wzdłuż kręgosłupa spływały jej strużki zimnego potu.
- Mam pieniądze - szepnęła słabo w jego usta.
- Długi, Grace Bennett - odparł na to. - Oto, co masz.
Pochylił się do niej z uśmiechem i nie zareagował, gdy wyrwała z jego kieszeni prowokacyjnie
wysunięty woreczek.
Chciała odepchnąć chłopaka, ale wówczas...
Boże, jak dobrze było mieć to wreszcie w ręce!
- Spłacę wszystko - wymamrotała, cofając się ze wzrokiem utkwionym w paczuszce.
- Czas płynie - rzucił tamten z uśmiechem. - Odsetki rosną.
Nikt tak dobrze jak on nie zdawał sobie sprawy z tego, co działo się wtedy z Grace. Znał te uczucia: napływająca falami, granicząca z szaleństwem euforia i owy rodzaj pragnienia, którego nie można zwyciężyć. Niepodzielną władzę nad dziewczyną dawało mu jednak coś zupełnie innego. Była to wiedza, że nic już się dla niej nie liczy, i że cały jej świat ogranicza się teraz do zawartości tego małego woreczka.
- Tak - rzekła nieobecnie. - Zrobię co chcesz, tylko proszę, daj mi na razie spokój.
Kiwnął głową jakby łaskawie. Rozegrał to idealnie - Rudolf Lestrange, mistrz manipulacji.
- Zgłoszę się wkrótce! - zawołał za nią i zachichotał, gdy przy drzwiach Pokoju Życzeń nagle zamarła. Obserwował, jak pochyla się, a jej kolana miękną. Kucnęła na chwilę przy drzwiach i ten dźwięk pomiędzy dwoma ciężkimi oddechami mógł być chyba błaganiem o pomoc.
- Zrób to tutaj, bo jeszcze cię ktoś tak zobaczy - rzucił chłopak z niesmakiem, mijając ją. Złapał za klamkę i obejrzał się. Drżącymi dłońmi rozrywała właśnie opakowanie.
Owinął ją sobie wokół palca, to prawda; miała ponadto ładną buzię i tyłek, a jako Gryfonka mogła mu się w przyszłości bardzo przydać. Nie jednak w tym stanie. Gdyby zaćpała się dzisiaj na śmierć, nawet by go to nie obeszło.
- Cena poszła w górę - powiedział jeszcze, po czym zatrzasnął za sobą drzwi.
Grace położyła się wówczas na ziemi, przytknęła doń policzek i zamknęła oczy. Na trzy sekundy. A potem. Powoli. Wsunęła dwa palce do woreczka i dobyła cienkiej, prostokątnej bibułki.
Położyła ją na języku, zanim jednak świat odfrunął, zdążyła pomyśleć: umieram.
Lecz była to, oczywiście, nieprawda, bo przecież Grace Bennett umarła już dawno temu. Na podłodze Pokoju Życzeń leżała teraz atrapa - skórzany wór kości i bezsilnych emocji. Dziewczyna kochała tę chwilę, gdy narkotyk zaczynał działać; na ułamek sekundy wracała z martwych Grace Prawdziwa i był to ten jeden, jedyny moment, kiedy naprawdę żyła.
A potem świat wyparowywał - Grace umierała na nowo, by obudzić się rano i nienawidzić siebie bardziej, niż kiedykolwiek.

Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy ból. Ból to wcale nie znaczy dostać lanie, aż się mdleje. Ani nie znaczy rozciąć sobie stopę odłamkiem szkła tak, że lekarz musi ją zszywać. Ból zaczyna się dopiero wtedy, kiedy boli nas calutkie serce i zdaje się nam, że zaraz przez to umrzemy, i na dodatek nie możemy nikomu zdradzić naszego sekretu. Ból sprawia, że nie chce nam się ruszać ani ręką, ani nogą ani nawet przekręcić głowy na poduszce.* José Mauro de Vasconcelos (z książki Moje drzewko pomarańczowe)

Boże, dlaczego tym razem śmierć bolała ją tak bardzo...?



***

    Syriusz wszedł na Wieżę niepewnym krokiem.
- To tylko ja, Evans - zachichotał ochryple, gdy Lily odwróciła się w jego stronę. W dłoni ściskała różdżkę. - Coś ty taka wrażliwa?
 - Co ty tutaj robisz, Black? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie, z konsternacją opuszczając broń. Zmarszczyła czoło, kiedy chłopak, podszedłszy bliżej, oparł się obok niej. - Jesteś pijany.
- Troszeczkę - pokazał dwoma palcami, jak mało pijany jest we własnym mniemaniu. Ponad tym posłał jej równocześnie przenikliwe spojrzenie. - A ty, Ruda? Lunatykujesz, czy jesteś jedną z tych smętnych kici, które rajcują romantyczne noce na zamkowych wieżach?
Lily odwzajemniła spojrzenie. Ciężko było Blackowi skupić wzrok na zielonych, iskrzących się tęczówkach; przy odrobinie przytomności Łapa spostrzegłby pewnie, że oczy dziewczyny są wilgotne, a uśmiech ponury.
- Niektórzy myślą - odparła z nieudolną złośliwością i machnięciem wskazała w stronę Wieży Gryffindoru - a ciężko myśleć w takim hałasie.  
Syriusz odwrócił się. Wziął głęboki wdech. Lily czuła od niego woń alkoholu, papierosów oraz damskich perfum.
- Czasami jak tak patrzę - chłopak złapał szeroko murowaną barierkę; przechylił się przez nią, spoglądając w dół. - to mam ochotę skoczyć.
Rudowłosa pisnęła krótko. Chwyciła w garść tył jego koszuli, następnie zaś odciągnęła go od barierki z zaskakującą siłą.
- Nie sądziłam, że jesteś typem samobójcy - wypowiedziała wprawdzie te słowa z uśmiechem, ale oboje wiedzieli, że była absolutnie poważna.
- Och nie, Evans - Łapa roześmiał się, także nie całkiem wesoło, a potem nagle uśmiech spełzł mu z twarzy. Gdy tak patrzył na nią, wzrok miał mętny, nieodgadniony i zimny. - Po prostu chciałbym skoczyć. Wyobraź sobie, jakie to wspaniałe uczucie.
Przygryzła wewnętrzną stronę policzka; z tą miną wyglądała poważnie i zabawnie zarazem, a Łapa ze zdumieniem uświadomił sobie, że może jest w niej nawet coś wartego uwagi. 
- O, Merlinie - mruknął, chwiejnie osuwając się na ziemię. Wyszczerzywszy zęby, poklepał posadzkę obok siebie. - Usiądź, Ruda.
Lily zawahała się. Zagryzła policzek głębiej i ostrożnie, jakby ciągle niepewna, przykucnęła obok Syriusza.
- Ruda - powtórzyła, ściągając usta w podkówkę. - Nie cierpię, kiedy tak do mnie mówicie.
- Nazwałaś nas ostatnio wstrętnymi, napuszonymi pawianami - przypomniał tamten.
Zapadła na chwilę cisza, po czym oboje parsknęli śmiechem.
- Zasłużyliście - mruknęła Lily, dając mu w bok kuksańca.
Był to gest zwykłej, koleżeńskiej zaczepki - Łapa traktował nim niekiedy Remusa, a Evans częstowała nim  Grace, gdy zaszła potrzeba. W chwili jednak, gdy Lily dotknęła Łapę, gest ten niespodziewanie zmienił swój wymiar. Stało się wówczas "coś" - coś na tyle nieuchwytnego, by żadne z nich nie zawiesiło na tym myśli, lecz i na tyle wyraźnego, by oboje spojrzeli po sobie z rezerwą.
- Nie jesteś właściwie taka okropna, za jaką cię miałem - stwierdził cicho Łapa. Lily niezręcznie splotła przed sobą dłonie i przez chwilę, wytrącona z równowagi, z trudem zbierała myśli.
- To raczej wątpliwy komplement - odcięła wreszcie.  - Mam swoje powody, by traktować was w ten sposób.
- No, dawaj - Syriusz nadstawił policzka - kolejny raz na wpół tylko żartem, a na wpół zupełnie poważnie.
- Snape - rzuciła Lily i, zanim przewróciwszy oczyma Black zdołał jej przerwać, dodała - pomijając wasze uprzedzenia kierowane idiotycznym, gryffindorowskim patriotyzmem lokalnym, chodzi mi o to, że wykorzystujecie go, by się popisać. Jest od was słabszy i nikt go nie lubi. Dręczycie Severusa, by błyszczeć na jego tle.
Jej słowa zamknęły Blackowi usta. Chłopak otworzył butelkę Whiskey, łyknął z niej i poruszył ciemnymi brwiami.
- Brzmi, jakbyśmy byli naprawdę żałośni - oznajmił wreszcie. - Rzecz w tym, że to Smarkerus Snape.
Lily posłała mu mordercze spojrzenie i wtedy - może za sprawą słodkiej na swój sposób, niewinnej miny, dzięki której wyglądał jak duży, pijany, przystojny dzieciak - wtedy kąciki jej ust drgnęły ku górze.
- Widziałem to! - Wykrzyknął Łapa. Uniósł się lekko nad ziemię, a potem ciężko usiadł nań z powrotem. - Widziałem to, Lily Evans! Uśmiechnęłaś się!
Parsknęli oboje. Syriusz wcisnął butelkę z whiskey w dłoń rudowłosej i ta, bez zastanowienia, przytknęła ją do ust. Black zamilkł wówczas; patrzył z szeroko otwartymi oczyma, jak prefekt naczelna wlewa w siebie kilka porcji trunku i ociera zaczerwienione wargi, nie skrzywiona nawet odrobinę.
- Nie jest z ciebie wcale taka grzeczna dziewczynka, jak wszyscy myślą, co? - powiedział głucho. - Zaczynam rozumieć, czym tak zafascynowałaś biednego Rogacza.
- Potter - Lily wypluła jego nazwisko z ust rozchylonych w źle maskowanym uśmiechu.
- Powinnaś dać mu szansę - oznajmił Łapa i tym razem, kiedy Evans potrząsnęła głową, to on sprzedał jej kuksańca. - Słowo, Ruda, że straszna z ciebie menda.
To "coś" było przy tym znowu między nimi, ale teraz nie miało znaczenia. Ich wzajemna nienawiść zrodziła tamtej nocy specyficzny rodzaj przyjaźni; ten niezdefiniowany, toksyczny jej rodzaj, który może połączyć tylko dwójkę osób tak od siebie różnych. Cała magia owych  znajomości tkwi w tym, że nie trzymają się one żadnych zasad i oto - jednego z pierwszych świtów września na hogwardzkiej Wieży Astronomicznej - Lily Evans połączyła z Syriuszem Blackiem taka właśnie relacja.
Niezrozumiała i bez żadnych zasad. 



***
Nie jest ani świetny, ani pewnie nawet nie dobry. 
Nie podoba mi się pierwszy akapit. 
Nie jest też dłuższy (tak, do Ciebie mówię, Paulina! :))
Ale jest. Boże, jest dokładnie taki, jaki mogłam z siebie wykrzesać przy natłoku pracy i problemach mojego nieposłusznego, okropnego, zbyt-szybko-kochającego serca. 
Dziękuję, że trochę się Was zbiera :)